poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Recenzja książki "Maybe Someday" Colleen Hoover



 Książkę kupiłam na stronie znak.com.pl

Opis książki: "On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…
"Maybe Someday" to opowieść o ludziach rozdartych między „może kiedyś” a „właśnie teraz”, o emocjach ukrytych między słowami i o muzyce, którą czuje się całym ciałem"



 "Maybe Someday" pojawiło się u mnie razem z "Hopeless" tej samej autorki. Zamówiłam dwie książki, bo tak było taniej. Pomyślałam: a co mi tam!
Nie miałam do żadnej z nich szczególnych oczekiwań - spodziewałam się ckliwych opowieści, "typowych" książek dla nastoletnich dziewczyn. Jednak to nie są zwykłe romansidła, nudne i przewidywalne historie - mogę Wam obiecać; jest to jedna z najbardziej poruszających i pasjonujących książek, jakie kiedykolwiek możecie przeczytać! Już po "Hopeless" - zaniemówiłam. Obok niej nie da się przejść obojętnie - zostawia na Tobie pewien ślad, rysę, na zawsze zostaje w Twojej pamięci. Budzi w Tobie tyle emocji, ile było podczas Katharsis po obejrzeniu antycznej tragedii. Myślałam, że długo nie znajdę niczego, nie tyle lepszego, co przynajmniej podobnie dobrego. Tutaj miłym zaskoczeniem okazała się książka "Maybe Someday".

W całej historii było pełno dramatu. Lubić, podziwiać, uwielbiać, kochać, nienawidzić - wszystkich tych emocji doświadczyła Sydney przez i dzięki Ridge'owi. Ich historia była na tyle dziwna, oryginalna, że, wbrew pozorom, niełatwo ją zrecenzować. Nie będę spojlerować, i zdecydowanie ODRADZAM czytania streszczeń przed sięgnięciem po "Maybe Someday". Może w przypadku lektur takie wyjście pomoże zrozumieć książkę - lecz tutaj mówię stanowcze "nie". Wtedy wszystko straci na wartości. Dowiadując się o pewnych szczegółach, które tworzą tę opowieść, zgubimy element zaskoczenia i nie będziemy czerpali z niej tyle emocji - których w niej nie brakuje.

Sydney skończyła 22 lata. Jej urodzin nie można nazwać "udanymi" - właśnie dowiedziała się, że chłopak zdradza ją z jej najlepszą przyjaciółką. Kończąc nieudany związek z Hunterem i przyjaźń z Tori, nie pozostaje jej nic innego, jak przeprowadzka do Ridge'a - nowo-poznanego gitarzysty.
Syd nie jest gotowa, aby od razu "wskoczyć" w nowy związek, lecz wyraźnie widać, że coś ciągnie ją do Ridge'a. On nie zna jej za dobrze. Przed przyjęciem nowej współlokatorki widuje ją na balkonie, słuchającą jego gry i śpiewającą pod nosem.
Spędzają razem mnóstwo czasu, wspólnie tworząc niezłe kawałki. Sydney szybko staje się muzą dla Ridge'a, inspiruje go i tworzy teksty do jego melodii. Jest jednak kilka "ale" - i to dość ciążących - z którymi muszą sobie poradzić.
Oczywiście, poza nimi pojawiali się również inni bohaterowie. Humor książki podtrzymywał Warren - zdarzało się, że podkradał sporą jej część. Był komiczny, ale miał też inne strony. Jego psikusy i noce z telewizją rozłożyły mnie na łopatki!
Chcę również nawiązać do muzyki, na której, między innymi, była oparta książka - świetnym rozwiązaniem była możliwość przesłuchania piosenek podczas lub po jej przeczytaniu (na stronie maybesomeday.pl).

Podsumowanie: Zdecydowanie polecam! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za zostawienie komentarza! :)